Trzy dni, dwudziestu ekspertów, setki tysięcy dolarów w opłatach za konsultacje i kontrakt wart 120 milionów dolarów wisiał na włosku. Na najwyższym piętrze Harrison Robotics powietrze było gęste jak mgła nad Zatoką San Francisco; wykresy błędów świeciły na czerwono, a splątane linie kodu migały na diodzie LED wielkości ściany niczym uparta burza, która nie chce ustąpić. Olivia Harrison stała na czele długiego stołu, stuknęła raz obcasem, a potem zamarła w bezruchu. W wieku czterdziestu dwóch lat nosiła dowodzenie niczym skrojoną warstwę – grafitową marynarkę, ciasny kok, oczy, które przebijały wymówki. Laptopy błyszczały na polerowanym drewnie, obok zimnych papierowych kubków i długopisów porzuconych w panice. Inżynierowie – jedni z najlepszych na ścianie, noszący firmowe identyfikatory – wpatrywali się w karmazynowe liczniki, które wciąż rosły.
„Pracowaliśmy przez trzy dni, zorganizowaliśmy sześć nadzwyczajnych spotkań i wydaliśmy pół miliona dolarów na opłaty za konsultacje”.
powiedziała, zimna jak styczniowy wiatr znad Golden Gate.
„I co teraz mamy? Bałagan.”
Nikt nie odpowiedział. W sali panował szum serwerów, jarzeniówek i dumy. Czyjeś kolano zadrżało. Ktoś inny zamknął oczy, jakby chciał wymazać kartę. Wzięła głęboki oddech, nie pokazując go, i wskazała na pociąg.
„Pięć minut. Chcę rozwiązania, a nie kolejnych przeprosin”.
Drzwi się zamknęły, a wokół niego rozległ się pomruk chóru i gorzki zapach spalonej kawy.
Na korytarzu wyblakły szary uniform przemknął obok przepełnionego kosza na śmieci. Daniel Hayes schylił się, żeby podnieść puszkę po napoju, z wprawą wepchnął ją do kosza, po czym wstał i poszedł dalej. Jedna słuchawka zwisała mu z lewego ucha, druga schowana w środku. Wygląd nocnego sprzątacza nie był szczególnie teatralny: znoszone buty, sterta kluczy, wózek skrzypiący na jednym kole. Ale mijając szklaną ścianę sali konferencyjnej, jego wzrok padł na tablicę wewnątrz.
Zatrzymał się. Równania rozciągały się niczym pole bitwy – logiczne pętle z pętlami, strzałkami, kwadratami, greckimi literami. Serce Daniela przyspieszyło z powodu, którego nikt, kto go nie znał, nie rozumiał. Większość mieszkańców Harrison widziała cichego mężczyznę, który trzymał się z boku, sprzątał bałagan i wychodził przed świtem. Kilku słyszało plotkę, że kiedyś studiował na Uniwersytecie Stanforda. Nikt nie pytał, dlaczego wyjechał ani co wiedział. Nie wiedzieli o zimie, kiedy wyniósł z mieszkania trzylatka, które nagle wydawało się dwa razy bardziej puste. Nie wiedzieli, jak żałoba wyostrza pewne instynkty i przytępia wszystko inne.
Postawił mop w kącie i wszedł do środka. Na tacy leżał czerwony marker, jakby czekał. Daniel chwycił ściereczkę i zamarł w połowie wycierania, gdy coś w jego głowie powiedziało: „Nie”. Coś było krzywo w fundamencie – jakby wanna była przechylona w niewłaściwą stronę. Odkorkował marker. Trzema pociągnięciami naszkicował znajomą krzywą w kształcie litery S, zakreślił dwie zamienione zmienne i narysował węzeł w miejscu, gdzie obciążniki były przechylone. Cofnął się, skrzyżował ramiona i skinął głową.
„Później do tego wrócili.”
powiedział cicho.
„I myślisz, że masz rację?”
Głos za drzwiami był spokojny, a zarazem dźwięczny jak stal. Daniel się odwrócił. Olivia Harrison stała tam, z ręką na framudze, z nieruchomym, nieprzeniknionym wzrokiem, wpatrując się w czerwone plamy.
„Nie próbowałem niczego zepsuć”
powiedział szybko.
“Właśnie coś zobaczyłem.”
